Ten dzień – mowa o feralnym październikowym wieczorze zaczął się niestety równie kiepsko jak kilka poprzednich. Leżałam wtedy w szpitalnej sali. Lekarze stwierdzili, że do usunięcia jest wyrostek.

Z pozoru czynność błaha, jednak miałam sporo obaw – znam bowiem swojego pecha doskonale. Byłam zła na cały świat, że to właśnie ja siedzę i czekam na zabieg. Dodatkowo trzymali mnie nieco dłużej z powodu jakiś bliżej mi nieznanych powikłań. Czytałam ostatnio horoskop na rok 2009 – miało być pięknie, sielanka, tymczasem październik i taka przygoda. Moje rozczarowanie tym wszystkim w co wierzyłam sięgało zenitu. Chyba tylko jakieś cudowne jasnowidzenie mogło by mi pomóc i odpowiedzieć wtedy na pytanie czy zabieg pójdzie dobrze, czy wszystko będzie w porządku i wrócę do swojego domu w jednym kawałku. Z pewnością gdybym znała jakiegoś jasnowidza to poprosiła bym o pomoc, ale w mojej rodzina była jedynie jedna wróżka amatorka, wiec pozostało cierpliwie czekać na nóż.

Obudziłam się w nienajlepszym stanie po zabiegu, ale już po paru dniach wydobrzałam i doszłam do stanu sprzed zabiegu. No prawie, bo jazda na rowerze to wciąż ogromny wysiłek.